Uśmiechnięta maska

o rozproszeniu

Może rzeczywiście życie sprowadza się do tego, żeby karmić swój mózg bodźcami, żeby oddać się hedonistycznemu spełniania swoich zachcianek (patrz: Zapffe, rozproszenie)? Łatwo by było popłynąć z tym nurtem - imprezy, przygodny seks i żadnych zobowiązań. Byłem tam. Robiłem to.

Próbuję co jakiś czas odnaleźć tę bliskość, to ciepło, o którym wszyscy tyle mówią. Nie znajduję nic poza pustką i większymi pokładami nienawiści - nawet kiedy do kogoś się zbliżam, po jakims czasie przekonuję się boleśnie, że ten ktoś jest człowiekiem, tak samo jak każdy inny. I ukrywam moje obrzydzenie pod uśmiechniętą maską. 

Nie powinienem mieć żadnych oczekiwań wobec ludzi. 

W miarę jak zbliżam się do czterdziestego roku życia odkrywam, że szczęście jako konstrukt stworzony w reklamach telewizyjnych (patrz: wesoła rodzina przy obiedzie, patrz: młodzi ludzie śmiejący się głośno na imprezie) nie istnieje. Za bardzo jestem świadom czym jesteśmy, za dużo widziałem ciemnych, potwornych obrazów, żeby móc teraz uśmiechać się szczerze. Chowam się pod maską, spod której widać tylko moje coraz bardziej udręczone i przerażone oczy.

Nienawiść.

Nienawiść.